niedziela, 26 lutego 2017

#134 TOP 5 ulubionych ekranizacji książkowych

5. Najdłuższa podróż - Nicholas Sparks (RECENZJA)
Jeśli czytaliście moją recenzję książki to wiecie, że dla mnie było to prawie 500 stron czystej męczarni, a jedyną rzeczą, która mi się tu podobała, były retrospekcje Iry. Mimo wszystko o filmie nie mogę powiedzieć tego samego. Podobali mi się i aktorzy (pokochałam Scotta od pierwszego wejrzenia) i ujęcia, ciekawy plot... Wszystko było w tej pozycji jak najbardziej na plus, dlatego mogę z czystym sumieniem przyznać, że ekranizacja przebija tutaj swój pierwowzór. 


4. Pretty Little Liars - Sara Shepard 
Czytałam tę książkę już chyba trzy lata temu, ale pamiętam jakby to było zaledwie wczoraj. Od około pięciu lat jestem wielką fanką serialu i mimo że faktycznie da się zauważyć spadek formy w ostatnich sezonach, brak tego klimatu, który towarzyszył nam od pilotażowego odcinka, to nadal bardzo lubię PLL i czuję do niego sentyment. Niestety muszę znów powiedzieć, że ekranizacja przebija książkę, bo nie podobał mi się za bardzo sposób jej prowadzenia.

3. Love, Rosie - Cecelia Ahern (RECENZJA)
"Love, Rosie" to pozycja dość znana w książkowej społeczności, z czego bardzo się cieszę, bo jest to jedna z moich ulubionych książek, a już na pewno ulubiona powieść romantyczna/new adult. Na film udałam się o dziwo do kina, co jest dziwne, bo rzadko kiedy chodzę do kina. Tutaj na szczęście mogę przyznać, że zarówno ekranizacja, jak i książka podobały mi się na równi i film zaliczam do tych, do których bardzo, ale to bardzo lubię wracać. Wiem, że niektórzy mówią nawet, że ekranizacja była lepsza, bo zajęła "mniej czasu". 

2. Igrzyska Śmierci - Suzanne Collins (RECENZJA)
Chyba nie ma osoby, która by nie czytała, nie oglądała, albo chociaż nie słyszała o bardzo głośnej serii pani Collins. Ja osobiście czytałam dwie pierwsze części tej trylogii (nie wiem dlaczego, ale mam straszną blokadę przed sięgnięciem po ostatnią), ale filmy oglądałam wszystkie i muszę powiedzieć, że cały sztab specjalistów wykonał kawał fenomenalnej roboty. Przed czwartą częścią trochę się broniłam i długo jej nie oglądałam, ale kiedy w końcu to zrobiłam, muszę przyznać, że był sztos ;)

1. Harry Potter - J. K. Rowling (RECENZJA 1, 2, 3, 4)
Ta pozycja nikogo nigdy nie dziwi. Nie będę mówić, że książki przegrywają walkę z ekranizacją, bo tak nie jest. Traktuję te dwa zagadnienia kompletnie odrębnie i uważam, że obydwie są genialne na swój sposób. Filmy to jednak część mojego dzieciństwa i na pewno darzę je większym sentymentem niż ich pierwowzory, ale jestem w trakcie czytania całej serii i muszę powiedzieć, że są fenomenalne (ale to wszyscy wiemy, więc nie ma sensu powtarzać tego po raz kolejny).

sobota, 11 lutego 2017

#133 PRZEDPREMIEROWO - Całkiem obcy człowiek - Rebecca Stead

★★★★★★★★☆☆

Przyjaźń to faktycznie druga najsilniejsza więź, która może łączyć ludzi zupełnie odmiennych. Pierwszą, oczywiście, jest miłość. Ale czy te dwie rzeczy czasami się nie pokrywają? Czy osobę, którą darzymy głęboką przyjaźnią, nie obdarowujemy również miłością? Czy ktoś, kogo kochamy, nie powinien być naszym przyjacielem? Przyjaciele czasami ranią - ludzie, których kochamy, również. Ale wybaczenie to kolejna rzecz, która idzie w parze z tymi dwiema wartościami. Poznajcie "Całkiem obcego człowieka", książkę, w której znajdziecie mnóstwo przyjaźni, miłości i (przede wszystkim) wybaczenia. 

"Całkiem obcy człowiek" to historia trzech przyjaciółek, Bridge, Tabithy oraz Emily. Każda zmaga się z oddzielnym problemem, błądzi w poszukiwaniu samej siebie. Bridge nosi kocie uszy, nikt nie wie po co, próbuje zrozumieć, dlaczego wciąż stąpa po tym świecie po śmiertelnie groźnym wypadku i zastanawia się, czy kiedykolwiek poczuje w sercu muzykę na widok chłopaka. Tab jest młodą feministką, która zawsze zrozumie i pomoże, ale czasami gubi się w tym co robi. Em za to robi coś, czego raczej nie powinna i musi zmierzyć się z bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami. Dziewczyny razem próbują rozwiązać swoje problemy i wspierają się nawzajem, kierując się zasadą, którą wymyśliły jako małe dziewczynki - nigdy się ze sobą nie kłócić.

Od razu zacznę od tego, że nigdy w życiu bym nie pomyślała, że ta historia tak bardzo mi się spodoba. Po kilku dość ciężkich książkach, które przeczytałam w tym miesiącu, ta była jakby wybawieniem. Napisana jest w bardzo lekki sposób, czyta się niezwykle szybko dzięki krótkim rozdzialikom (naprawdę, przeczytałam w jeden dzień). Dodatkowo mamy tu wiele wątków pobocznych, które dodatkowo wzmagają naszą ciekawość i tyle bohaterów, że każdy znajdzie postać, z którą może się w jakimś stopniu utożsamić - w moim przypadku najbardziej Tab :)

Uwielbiam ciepłe historie skierowane głównie do mojej grupy wiekowej, ale ta młodzieżówka nie wpisuje się w ścisłe ramy tego gatunku. Nie, jest dużo, dużo lepsza od swoich "rywalek" - nie dostajemy tutaj oklepanych schematów, trójkącików czy Bóg wie czego, do tego nie jest ani trochę sztuczna, dialogi między bohaterami nieraz są tak śmieszne, że nie mogłam się nie uśmiechnąć. Coś, co również nie jest spotykane w młodzieżówkach - ma morał. Kłótnie czasami są potrzebne, musimy dać upust swoim negatywnym emocjom i pod żadnym pozorem nie dusić tego w sobie.

Warto jeszcze nadmienić, że książka posiada pewien aspekt, który chyba najbardziej podobał mi się w tej historii. Co kilka rozdziałów mieliśmy rozdział zatytułowany "Walentynki", który (w odróżnieniu od reszty) został napisany w drugiej osobie liczby pojedynczej. Mamy tutaj nutkę tajemnicy, nie do końca wiemy, w jaką postać się wcielamy, dlaczego robimy to co robimy i co się stało z jej grupą, która nagle się rozpadła. Na końcu dowiadujemy się wszystkiego i przyznam, wielkie pokłony w stronę autorki za wymyślenie takiego ciekawego wątku.

Jak już wspomniałam, sama kreacja bohaterów plusuje dla całej powieści. Dzięki nim, możemy z tej książki wyciągnąć ile się da, a każda postać wnosi coś do naszego życia. Pokochałam "wrogaciół" Jamiego i Alexa, a postać Adrienne była cudowna. To fantastyczne, jak każdy z nich miał swoje pięć minut, mogliśmy poznać ich historie. Naprawdę, jeśli szukacie czegoś lekkiego, co może chwycić was za serducho na moment, serdecznie polecam "Całkiem obcego człowieka" (Walentynki grają tu mniejszą lub większą rolę, także może warto zapoznać się z nią właśnie 14 lutego :)

Autor: Rebecca Stead
Tłumaczenie: Krystyna Kornas
Oryginalny tytuł: Goodbye Stranger
Data wydania: 15.02.2017
Strony: 328

Za możliwość przedpremierowego przeczytania tej pozycji dziękuję wydawnictwu IUVI :)

czwartek, 9 lutego 2017

#132 Słowik - Kristin Hannah

Przepraszam za niską jakość zdjęć, ale było ciemno, a ja koniecznie musiałam zrobić zdjęcie :(
★★★★★★★★☆☆

Nauka mówi, że na nasz charakter wpływa nieskończenie wiele czynników. Chłoniemy je we wczesnym dzieciństwie i nawet najmniejsze rzeczy mają kluczowe znaczenie. Geny również grają tutaj dużą rolę - jednak jak wyjaśnić to, że bliźniaki jednojajowe, choć identyczne na zewnątrz, mają zupełnie inne usposobienie? Jak to możliwe, że rodzeństwo, posiadające podobne geny i dorastające w tym samym środowisku mogą być tak różne? Cóż, mogą. Poznajcie Vianne i Isabelle.

Siostry Rossignol nie miały łatwego życia. Fakt, dorastały w cudownej atmosferze domowego zacisza, otulone ramieniem troskliwej matki i zabawiane przez kochającego ojca. Lecz domowa sielanka skończyła się wraz z momentem, kiedy bicie serca ich matki ustało. Zrozpaczony ojciec, który popadł w alkoholizm, nie chciał mieć do czynienia z dziećmi, więc oddał je na wychowanie pewnej kobiecie. Vianne, jako starsza, starała się oszczędzić młodszej siostrze cierpień i zastąpić jej obojga rodziców, ale na próżno. Kiedy dorastały, ich charaktery stały się diametralnie różne - Vianne była spokojna, chciała tylko być ze swoim ukochanym, Antoinem, w dodatku oczekiwała dziecka. Isabelle była za to porywcza i buntownicza, pragnęła być w życiu kimś. Ale kim jesteśmy naprawdę - to pokazuje nam tylko wojna.

Wkrótce będą musiały nauczyć się żyć innym życiem i przekonać same siebie, że dadzą radę i zrobią wszystko w swojej mocy, aby przeżyć. Nie wiedzą nawet, jakie będzie to trudne, kiedy na każdym rogu spotykają niemieckie czapki z czaszką budzącą odrazę i przerażenie. Każda z nich pokazuje, jak ludzie radzili sobie z okupacją. Byli ludzie, jak Vianne, którzy woleli siedzieć cicho, znosić to w milczeniu i czekać na lepsze czasy. Ale byli też tacy, jak Isabelle, którzy nie dopuszczali do siebie myśli o kapitulacji Francji, chcieli wyzwolić się z rąk okupantów i dołączyć do ruchu oporu. 

Autorka ma świetny styl pisania, to trzeba jej przyznać. Niestety, nie mogę powiedzieć, że ta pozycja mnie zachwyciła. Mimo dobrego języka, zabrakło mi tutaj tego historycznego podłoża. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo trafnie Kristin Hannah opisała w "Słowiku" realia wojny, wyczekiwanie w kolejkach z kartkami w ręku i wrzucanie ulotek propagandowych za podszewkę płaszcza, ale zabrakło mi tam... świata. Wszystko kręciło się wokół dwóch bohaterek, przez co świetnie opisaną mieliśmy trudną, siostrzaną relację, ale zabrakło mi opisów, jak radzili sobie inni, jak to wyglądało dokładniej. Może jestem odrobinę zbyt surowa, bo po "Świetle, którego nie widać" i "Jeźdźcu miedzianym" poprzeczka dla powieści historycznych jest ustawiona u mnie bardzo wysoko.

Bardzo podobała mi się za to kreacja bohaterów i relacje pomiędzy nimi. W "Słowiku" było to ukazane w bardzo dojrzały sposób, nie były idealne, ale zawsze w stu procentach prawdziwe. Do tego ten wątek miłosny, który był tylko chwilkę, przysporzył mi motylków w brzuchu, a to rzadkość. Generalnie wszystko bardzo mi się podobało, ale (na pewno mnie zrozumiecie!) zabrakło mi "tego czegoś", co urzekło mnie w "Świetle". Tak, niestety, każdą fikcję historyczną porównuję do tego, ale musicie mi wybaczyć! :)

Autor: Kristin Hannah
Tłumaczenie: Barbara Górecka
Oryginalny tytuł: The Nightingale
Data wydania: 12.10.2016
Strony: 560

wtorek, 7 lutego 2017

#131 TOP 5: Niedocenione książki

Znalezione obrazy dla zapytania szukając alaski
5. Szukając Alaski
Może nie jest to zbyt dobry przykład niedocenionej książki, bo nie znam książkoholika, który by o tej pozycji ani razu nie słyszał, ale mam wrażenie, że czytało ją bardzo mało osób. Niektórzy poprzestają na "Gwiazd Naszych Wina", nieliczni posuwają się dalej do "Papierowych miast" (przecież jest film, heloł). Dlatego właśnie mam wrażenie, że na tle innych powieści Greena, ta jedna jest wyjątkowo niedoceniana, a jest naprawdę bardzo, bardzo dobra.

4. Endgame. Wezwanie
Okej, o tej pozycji wiele osób również słyszało, ale tylko nieliczni po nią sięgnęli. Myślę, że głównym powodem są niesłuszne opinie osób po jakże nietrafnym opisie z tyłu książki, że "Endgame" to drugie "Igrzyska Śmierci". Nie,  nie i jeszcze raz NIE! "Endgame" to coś zupełnie innego, coś, co dostarcza tyle emocji, strachu o bohaterów i... Po prostu musicie się z tym zapoznać!

3. Akademia Wampirów
Sytuacja podoba - wszyscy słyszeli, nikt nie czytał, kilka osób obejrzało kiepski film i się zniechęciło. A seria jest naprawdę fenomenalna, pokochałam ją od pierwszego tomu. Richelle Mead cały czas pracowała na swój sukces i tę pracę było widać, bo każdy tom był jeszcze lepszy od poprzedniego. Jest napisana przystępnym językiem, bohaterowie są świetni, wątek miłosny niebanalny, do tego ten humor!

2. Galop '44
Wy bardzo dobrze wiecie jak ja kocham książki historyczne. Nie wiem dlaczego, ale najczęściej czytam książki o wojennej Francji, a jak mogłabym zapomnieć o naszym kraju? Dlatego właśnie sięgnęłam po książkę Moniki Kowaleczko-Szumowskiej i się zakochałam. Ubolewam nad tym, że tak mało osób wie o niej, ale jeśli kiedyś gdzieś ją zobaczycie, polecam się nią zainteresować (jeśli lubicie takie klimaty ;).

1. Tancerze burzy
Książka, za którą bym zabiła, a której grono wiernych fanów jest niestety bardzo małe. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Może nie tracono czasu na wystarczającą reklamę, na którą ta książka jak najbardziej zasługuje. Dodatkowo powieść jest oryginalna, bo kto inny pisze (w tak fascynujący i poetycki sposób jak Kristoff!) o mitologii japońskiej? Wiem, może się wydawać, że to "nie moje klimaty". Tak, ja też tak myślałam i w tej chwili dziękuję Bogu, że się przełamałam, bo ta powieść była niesamowita.

środa, 1 lutego 2017

#130 Podsumowanie stycznia 2017

https://1.bp.blogspot.com/-ikFQ-7mqcVs/V548OWFaO5I/AAAAAAAAEz0/OP0W1Qyd668j9r7pfXh-j1Bxp2_Yo7JPwCLcB/s640/wp.jpg
1. Syzyfowe prace - Stefan Żeromski - Niby moja lektura, niby o niczym, ale jednak muszę wam powiedzieć, że czytało mi się ją bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Nie jest zbyt długa, bo ma tylko 200 stron (co to dla nas!), a brnie się przez nią niezwykle szybko. Jednak rozumiem, jeśli innym się nie spodobała - jak wspomniałam, nie ma tu większej akcji, a opowiada o rusyfikacji polskiej młodzieży.

2. Harry Potter i Zakon Feniksa - J. K. Rowling ★★★★★★★★★★ - Nie wiem, co mogłabym tu napisać - Harry to Harry, wiadomo, że jest świetny. Przeczytałam ją podczas choroby i mimo że jest to najdłuższa część, czytało mi się bardzo szybko i przyjemnie. 

3. Nie poddawaj się - Rainbow Rowell ★★★★★☆☆☆☆☆ - Jak już widzicie po ocenie - nie bardzo mi się podobała, była nudna, obraz magii był strasznie dziecinny, do tego strasznie irytowały mnie te wszystkie, niezwykle oczywiste, wręcz kujące w oczy podobieństwa do Harry;ego.

4. Słowik - Kristin Hannah (250 stron) - Tak, w końcu czytam tego osławionego "Słowika". Zaczęłam go tylko i wyłącznie ze względu na pewien film wojenny (o którym opowiem w następnym podpunkcie ;), który oglądałam i wprowadził mnie w nastrój II wojny światowej. Jak na razie jestem w połowie i bardzo mi się podoba, choć nic większego i zapierającego dech w piersiach się jeszcze nie stało :)

Najlepsza książka: Harry Potter i Zakon Feniksa
Najgorsza książka: Nie poddawaj się
Ilość przeczytanych stron: 1904
Ilość stron na dzień: 61
Dotychczas przeczytane książki w 2016: 3,5

1. THE DUFF [#ta brzydka i gruba] ★★★★★★★☆☆☆- ten film obejrzałam w pierwszym dniu miesiąca i muszę powiedzieć, że wysokich lotów on nie był, ale za to bardzo dobrze się przy nim bawiłam. Bardzo lubię filmy dające do myślenia i przejmujące, ale świat byłby nudny, gdybyśmy tylko takie oglądali. Dlatego, jeśli chcecie się odmóżdżyć, bardzo serdecznie polecam ;)

2. Wiek Adaline ★★★★★☆☆☆☆☆- ten był bardzo wychwalany, opisywany jako świetny, a że lubię historię, bardzo chętnie się na niego skusiłam (dodatkowo przekonała mnie Blake Lively w roli głównej). Niestety, niezmiernie się zawiodłam - nudził mnie, fakt, nie był przewidywalny, ale zabrakło mu "tego czegoś. 

3. Najdłuższa podróż ★★★★★★★★☆☆ - pewnie pamiętacie, jak robiłam recenzję książki. Nie porwała mnie, wydawała mi się niezwykle nudna i ratowały ją tylko momenty z Irą, którego ubóstwiałam. Ku mojemu zaskoczeniu film okazał się naprawdę godny polecenia, świetni aktorzy i brak luk wypełnionych na siłę (tak jak to było w przypadku pierwowzoru).

4. Przełęcz ocalonych ★★★★★★★★★★ - najlepsze zostawiłam na koniec i teraz nie wiem co powiedzieć. Pozostało mi tylko skonsumować to jednym słowem: fenomenalny. Jak na razie najlepszy film jaki w tym roku widziałam, grający na uczuciach tak, jak żaden inny. Może to moje fanatyczne zamiłowanie do IIWŚ albo po prostu film jest geniuszem samym w sobie. To, że ta historia wydarzyła się naprawdę dodatkowo zabiera dech w piersiach. Desmond Doss był rzeczywiście wielkim człowiekiem i aż trudno mi uwierzyć, że wszystko to jest autentyczne. Wielkie pokłony również w stronę Mela Gibsona, który to wyreżyserował. Żałuję teraz, że nie byłam na tym w kinie, bo chciałabym to zobaczyć na dużym ekranie, ale jednocześnie płakałabym na tej sali kinowej jak bóbr. To jest jeden z tych filmów, który każdy (absolutnie każdy!) powinien obejrzeć. Mam nadzieję, że zobaczę Mela Gibsona albo chociaż Andrew Garfielda wychodzącego na scenę po Oscara. 

Oglądałam: Grę o Tron (nie oglądałam jej dużo, bodajże pół odcinka), Pamiętniki Wampirów (tak, wróciłam, Damon!), Teen Wolf (dzisiaj czeka mnie ostatni odcinek :C), Plotkarę (nadal coś czuję, że to nie do końca mój serial), Skam (moja nowa miłość, uwielbiam Noorę), Outlandera (zaraziłam moją koleżankę, a teraz ona krzyczy na mnie, żebym nadrabiała. Btw, Jamie <3) oraz Reign (obejrzałam dopiero pierwszy odcinek, ale już kocham Sebastiana).

Ten miesiąc był niezwykle udany! A jak tam u was? :)

sobota, 28 stycznia 2017

#129 Nie poddawaj się - Rainbow Rowell

★★★★★☆☆☆☆☆

Każdy bez wątpienia zna fenomenalną serię "Harry Potter" autorstwa równie cudownej J. K. Rowling. Nikomu nie trzeba przedstawiać jedenastoletniego chłopca z blizną, okrągłymi okularami i wiecznie zmierzwionymi włosami. Po wielkim sukcesie zarówno książek, jak i niezwykle dobrze nakręconych ekranizacji, zalała nas, czytelników (może tych nieco starszych), wielka fala książek o magii, wybrańcach, którzy muszą ocalić świat. Czy więc książka Rainbow Rowell, która generalnie jest dopełnieniem książki "Fangirl", jest również swego rodzaju duplikatem, podróbką? Zapraszam was do recenzji ;)

Simon Snow to chłopiec o niezwykle unikatowym charakterze. Jednak nie tylko ten unikatowy charakter wyróżnia go z tłumu. Posiada niezwykłą moc, magiczną moc, o której istnieniu nie ma pojęcia aż do swoich jedenastych urodzin, kiedy to do domu dziecka, w którym mieszka Simon, przychodzi człowiek o imieniu Mag i oznajmia, że Watford, czyli szkoła magii, w której Mag jest dyrektorem, oczekuje na Simona, który (jak się okazuje) jest najpotężniejszym żyjącym czarodziejem.

Simon układa sobie życie w szkole, ma cudowną dziewczynę, Agathę, której pragnie każdy uczeń Watford, cudowną przyjaciółkę Penny oraz nemezis, Baza, którego wampiryzm za wszelką cenę chce ujawnić. Jednak co by to była za książka o machaniu różdżkami bez czarnego charakteru, prawda? Otóż w magicznym świecie bohaterów istnieje istota, Podstępny Szarobór (nie mówmy już o tym, jaka ta nazwa jest głupia, dobrze?), który wygląda jak jedenastoletni Snow i jest przyczyną dziur w magicznej atmosferze. Oczywiście, przeznaczeniem (bo mamy tu również mowę o przepowiedni) głównego bohatera jest uratować świat, ale zanim to się stanie, Simon musi pokonać mniej lub więcej przeszkód w dotarciu do celu.

Podeszłam do tej pozycji niby na luzie, ale pod skórą czułam, że to będzie coś wspaniałego, a mnie czeka niezwykła przygoda. Bardzo zainteresował mnie wątek tej książki w innej powieści Rowell i postanowiłam niezwłocznie sięgnąć po "Nie poddawaj się". No i jestem tak wkręcona w Harry'ego, że desperacko szukałam czegoś związanego z magią, która znowu sprawi, że poczuje się jak podczas lektury dzieł J. K. Rowling. Niestety nie sądziłam, że to, że powieść jest tak wzorowana na Harrym, tak bardzo będzie kuło mnie w oczy.

Co mi się dokładnie nie podobało? Hm, nie wiem, czy jestem w stanie wytypować jedną, największą rzecz, która sprawiła, że książka wydawała mi się tak niezwykle przeciętna. To jest zasługa, a może raczej wina detali, których było naprawdę dużo, które się skumulowały i wpłynęły na moją ocenę. Po pierwsze z żadnym z bohaterów nie byłam w stanie nawiązać szczególnej więzi. Oczywiście, były postacie, które darzyłam większą sympatią, ale jakoś nie czuję się, aby zajęły szczególne miejsce w moim sercu. Po drugie styl pisania jest tak przeciętny, że już bardziej się nie da. Nie dostrzegałam tego w "Fangirl", ale tu zdecydowanie obecny jest spadek formy.

Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, oczywiście podobieństwa do Harry'ego Pottera, żałośnie dziecinna forma magii i słabo przedstawione relacje bohaterów, ale wyznaję zasadę, że życie jest zbyt krótkie, żeby rozwodzić się na temat złych książek. Ja z całego serca nie polecam, ale powtórzę to, co już stało się moją mantrą i stałą przyśpiewką - każdy ma inne gusta i każdy lubi co innego, także jeśli chcecie wystawić swoją opinię, najpierw zapoznajcie się z "Nie poddawaj się" ;)

Autor: Rainbow Rowell
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Oryginalny tytuł: Carry On
Data wydania: 12.10.2016
Strony: 512
lubimyczytać

poniedziałek, 16 stycznia 2017

#128 Jeździec miedziany - Paullina Simons

Obraz znaleziony dla: jeździec miedziany
★★★★★★★★★☆

Tę książkę cudem udało mi się przeczytać w 2016. Męczyłam ją niemiłosiernie, zostawiałam, żeby później wrócić i znowu odkładałam, żeby troszkę od niej odpocząć. Czy to jest wyznacznik tego, jak powieść nas wciąga? A może to właśnie to definiuje, czy książka jest w prostym słowa znaczeniu dobra czy nie? Nie wiem, czy po przeczytaniu tej książki, z którą miałam tak długą przygodę, kiedykolwiek pozbędę się tego mętliku z mojej głowy. Chcecie dowiedzieć się więcej? Zapraszam do recenzji ;)

Tatiana Mietanowa to siedemnastoletnia mieszkanka Leningradu. Kocha to miasto - wychowała się tu i tu właśnie mieszka cała jej rodzina. Tym bardziej przeraża ją wizja wojny, która jest coraz poważniejsza, a ona, która dopiero co wchodzi w dorosłość, musi się z tym zmierzyć. Pewnego dnia, siedząc na ławce i czekając na tramwaj, widzi żołnierza, który wwierca się w nią spojrzeniem. Nie ma pojęcia, że za niedługo Aleksander stanie się dla niej całym światem, jej przyjemnością, za którą będzie musiała zapłacić niewyobrażalnie dużą cenę.

Tatiana - bohaterka, którą wyjątkowo można lubić "średnio" - ponieważ na co dzień jest "słodką Tanią", uczynną, zawsze grzeczną i uprzejmą. Jednak kiedy wszystkich te realia wojny zaczynają przytłaczać, to ona wychodzi z szeregu, pokazuje to, co potrafi i nie raz wykazuje się niebywałym bohaterstwem. Cenię ją za siłę, którą pod powłoką lukru i słodyczy w sobie skrywa, ale podziwiam też tą miłość, którą darzy swoją rodzinę, choć nie zawsze są wobec niej fair.

Aleksander - wulkan. Nigdy nie wiesz, co kryje się pod jego ciemną czupryną. Możesz myśleć, że wszystko jest okej, kiedy nagle ktoś odbezpiecza granat, a on wybucha i zabiera ze sobą wszystko wokół - tak właśnie bym go opisała. Mimo jego porywczości i nie raz wręcz egoizmu, nie da się go nie kochać. Jest mężczyzną, który wie, jak zachować się w obecności kobiety, jak szanować płeć przeciwną i, przede wszystkim, jak kochać. Nie zmienia to faktu, że cała jego osoba to jedna, wielka enigma.

Każdy z tych bohaterów doczekał się osobnego akapitu. Dlaczego? Ponieważ to właśnie jest ta książka - bohaterowie. To oni są niezmienni przez cały czas trwania powieści, to oni zostają z nami do końca - i dzięki Bogu, bo nie wiem, co bym zrobiła bez nieustraszonej Tatiany i cudownego, kochanego Aleksandra. Ale co właściwie czyni ich takimi... niezapomnianymi? A to, że autorka przedstawiła postacie prawdziwe, które w jednej chwili kochamy, a w drugiej nienawidzimy. Nie są kryształowi, a każdy ma brudne sekrety, które trzyma głęboko w sobie.

Dodatkowo miodem na moje serce jest cudowny styl pisania. Paullina Simons pisze w niezwykle poetycki, ale zrozumiały sposób, a dzięki jej opisom możemy idealnie wyobrazić sobie świat przedstawiony. Naprawdę fajne jest to, że autorka sama w Leningradzie przez pewien czas mieszkała, także mamy część informacji "z pierwszej ręki". Doskonale przekazała realia wojny - głód, wzajemną wrogość, ale i chęć niesienia pomocy. W niektórych momentach naprawdę miałam łzy w oczach, kiedy myślałam o tym, że w wielu rosyjskich (polskich również, ale w "Jeźdźcu" skupiamy się na Rosji) domach tak to właśnie wyglądało.

Niestety nie odbyło się też bez długiej listy zażaleń. Wiecie pewnie jak bardzo kocham grube książki. Coś w tych cegiełkach jest, że przyciągają mnie aż ich nie przeczytam. Jaka byłam uradowana, kiedy zobaczyłam, że "Jeździec miedziany" ma ponad 700 stron! O ile początek, kiedy poznajemy głównych bohaterów, ich rodziny, przyjaciół, cały czas coś się dzieje. Im idziemy dalej w głąb powieści, tym jest ciekawiej - Tania wyrusza na front (dlaczego oczywiście wam nie powiem :). Ale po tym ogromie akcji później mamy totalną, jedną, wielką nudę. Słowem zakończenia - książka fenomenalna, ponieważ od tych bohaterów nie idzie się opędzić, zostają z tobą na zawsze, ale tę historię można by spisać na ok. 400/450 stronach i byłoby cudownie.

Autor: Paullina Simons
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Oryginalny tytuł: The Bronze Horseman
Data wydania: 12.05.2010
Strony: 720